Przejdź do treści
categorykategorie: Bez kategorii

Historia Moniki

Nie pamiętam już dokładnie dnia, w którym po raz pierwszy usłyszałam o Fundacji Pomocy Psychologicznej i Edukacji Społecznej RAZEM. Pamiętam za to bardzo dobrze stan, w jakim wtedy byłam. To był taki moment życia, kiedy człowiek jeszcze chodzi do pracy, jeszcze wykonuje codzienne obowiązki, jeszcze odpowiada na pytania innych ludzi, ale wewnętrznie jest już na granicy. Wszystko kosztuje za dużo siły. Każdy poranek staje się ciężarem. Każdy kolejny dzień trzeba bardziej przetrwać niż przeżyć.

Nazywam się Monika. Do Fundacji trafiłam dwa lata temu. Przez przypadek — choć dzisiaj myślę, że może niektóre spotkania po prostu muszą się wydarzyć wtedy, kiedy człowiek nie ma już za bardzo dokąd pójść.

W moim życiu zadziało się wcześniej bardzo dużo trudnych rzeczy. Moi bliscy odchodzili. Niektórych straciłam bezpowrotnie, inni po prostu przestali być obecni. Została po nich pustka, która z czasem zamiast się zmniejszać, rosła. W którymś momencie poczułam, że jestem naprawdę sama. Nie w takim potocznym sensie, że chwilowo obok nikogo nie ma, ale w dużo głębszym — że nie mam już z kim podzielić swojego lęku, smutku, bezradności. Że nie mam do kogo zadzwonić. Że nie mam gdzie przynieść tego wszystkiego, co mnie przygniata.

Najgorsze w samotności nie jest nawet to, że wokół nie ma ludzi. Najgorsze jest to, że człowiek powoli przestaje czuć sens własnego istnienia. Tak właśnie było ze mną. Coraz częściej miałam poczucie, że moje życie nie jest już życiem, tylko jakimś trwaniem z dnia na dzień. Budziłam się rano, szłam do pracy, wracałam, robiłam to, co trzeba, ale nic mnie nie poruszało, nic nie dawało ulgi. Każdy dzień był podobny do poprzedniego i każdy wymagał ode mnie walki — przede wszystkim z samą sobą. Z lękiem, który potrafił pojawiać się od rana i nie odpuszczał do wieczora. Ze strachem, że tak już będzie zawsze. Z myślą, że może nie mam już siły, żeby żyć naprawdę.

Z zewnątrz pewnie nie było tego widać. Tak często przecież bywa. Ludzie wokół widzą człowieka, który funkcjonuje. Który przyszedł do pracy. Który odpowiedział „wszystko w porządku”. Który nie płacze publicznie i nie prosi o pomoc. A jednak wewnątrz może dziać się coś bardzo trudnego. Wewnętrznie można być już tak zmęczonym, że nawet własne myśli zaczynają ciążyć.

Pamiętam wieczór, który coś we mnie poruszył. Byłam wtedy w kinie. Poszłam tam bardziej po to, żeby nie siedzieć sama w domu, niż z prawdziwej potrzeby obejrzenia filmu. I właśnie tam zaczęłam obserwować grupę ludzi, którzy wchodzili na salę. Witali się ze sobą z taką zwyczajną bliskością, jakby znali się od dawna. Po seansie nie wyszli od razu. Zostali. Rozmawiali. Nie tylko o samym filmie, ale o tym, co ich poruszyło, czego dotknęło w środku, jakie wspomnienia albo uczucia uruchomiło. Mówili o rzeczach trudnych, ale robili to spokojnie, bez udawania, bez wstydu.

Siedziałam obok i słuchałam. I pamiętam, że coś mnie w tym zatrzymało. Może to, że ci ludzie naprawdę się słuchali. Może to, że nikt nikogo nie poprawiał ani nie oceniał. Może to, że po raz pierwszy od dawna zobaczyłam przestrzeń, w której nie trzeba było być „w porządku”. Zaczęłam pytać, co to za spotkanie, kim oni są, skąd się znają. Wtedy pierwszy raz usłyszałam o Fundacji RAZEM.

Dowiedziałam się, że to miejsce, w którym można otrzymać wsparcie. Że są grupy, rozmowy, spotkania, różne formy pomocy. Ale najważniejsze było dla mnie coś innego — że to miejsce, do którego można po prostu przyjść. Bez wielkich słów. Bez konieczności udowadniania, że jest się wystarczająco „w kryzysie”, żeby zasługiwać na pomoc. Po prostu przyjść, kiedy już samemu nie wiadomo, co dalej.

Pamiętam swoje pierwsze spotkanie z Fundacją. Miałam w sobie bardzo dużo napięcia. Bałam się, że nie będę pasować. Że nie będę umiała mówić. Że moje problemy okażą się zbyt chaotyczne, zbyt trudne, może zbyt małe albo zbyt duże. Że nikt nie zrozumie tego, co się ze mną dzieje. A jednak bardzo szybko poczułam coś, co było mi wtedy niezwykle potrzebne — że nie muszę się spieszyć, że nie muszę niczego odgrywać, że mogę być dokładnie w takim stanie, w jakim jestem.

Trafiłam do grupy. Na początku słuchałam bardziej niż mówiłam. Byłam ostrożna. Przyglądałam się innym ludziom, ich historiom, ich sposobowi mówienia o bólu, o kryzysie, o samotności. I bardzo powoli zaczynało do mnie docierać, że nie jestem jedyną osobą, która się rozsypała. Że nie jestem jedyną osobą, która nie daje rady. Że cierpienie nie musi oznaczać końca kontaktu z drugim człowiekiem. Przeciwnie — czasem właśnie ono otwiera drogę do prawdziwego spotkania.

W Fundacji po raz pierwszy od bardzo dawna poczułam, że nie jestem sama ze swoim ciężarem. Nie dlatego, że nagle wszystko stało się lekkie. Nie dlatego, że zniknęły problemy. Ale dlatego, że ktoś był obok. Że ktoś potrafił słuchać. Że ktoś nie odwracał wzroku od tego, co trudne. A dla człowieka, który przez długi czas żył w emocjonalnej pustce, to znaczy naprawdę bardzo dużo.

Niedługo później przyszło kolejne doświadczenie, które na nowo zachwiało całym moim światem. Dowiedziałam się, że mam nowotwór.

Do dziś trudno mi opisać, co wtedy poczułam. To był rodzaj uderzenia, po którym wszystko nagle staje się nierealne. Jakby ktoś na chwilę wyłączył dźwięk i powietrze. Człowiek słyszy słowa, rozumie ich znaczenie, ale nie umie jeszcze przyjąć, że dotyczą właśnie jego. Potem przychodzi strach. Ogromny, paraliżujący strach. Pojawiają się pytania, na które nie ma odpowiedzi. Co będzie dalej? Czy dam radę? Jak przejdę przez leczenie? Co stanie się ze mną psychicznie, skoro już wcześniej ledwo trzymałam się na nogach?

Podjęłam trudną próbę leczenia chemioterapią. To był bardzo ciężki czas — fizycznie, psychicznie, emocjonalnie. Czas osłabienia, bólu, bezradności, utraty kontroli nad własnym życiem i nad własnym ciałem. Czas, w którym człowiek szczególnie mocno czuje, jak bardzo potrzebuje drugiego człowieka. Nie po to, żeby ktoś rozwiązał za niego wszystko, ale po to, żeby nie zostać samemu z przerażeniem.

Dzisiaj myślę o tym z ogromną szczerością: sama nie przeszłabym przez tę drogę.

I właśnie dlatego ten tekst jest także o Fundacji. Bo kiedy tam trafiłam, nie dostałam tylko pomocy „na chwilę”. Nie dostałam pustych słów ani jednorazowego gestu wsparcia. Dostałam obecność. Dostałam ludzi. Dostałam miejsce, do którego mogłam wracać także wtedy, kiedy moje życie znowu zaczęło się rozpadać. W czasie choroby szczególnie mocno zrozumiałam, jak ważne jest to, żeby mieć gdzie przynieść swój lęk, swoją bezsilność, swoją rozpacz. Żeby móc powiedzieć: boję się. Nie daję rady. Jest mi za ciężko. I nie usłyszeć w odpowiedzi milczenia albo zmiany tematu.

Dzięki temu, że trafiłam do Fundacji, nie byłam już sama. To zdanie jest proste, ale mieści się w nim bardzo wiele. Nie byłam sama ze swoją żałobą. Nie byłam sama ze swoim lękiem. Nie byłam sama z diagnozą. Nie byłam sama w trakcie leczenia. Nie byłam sama wtedy, kiedy po prostu brakowało mi siły, żeby udawać, że wszystko jest dobrze.

Dziś bardzo często myślę o tym, jak wiele jest wokół różnych miejsc, ofert, propozycji, działań. Żyjemy szybko. Wiele rzeczy wygląda dobrze, jest estetycznych, uporządkowanych, świetnie przedstawionych. Ale człowiek w kryzysie bardzo szybko wyczuwa, co jest tylko ładną formą, a co prawdziwą obecnością. I właśnie dlatego postanowiłam napisać ten tekst. Nie po to, żeby kogokolwiek przekonywać na siłę. Nie po to, żeby coś idealizować. Tylko po to, żeby dać świadectwo, że istnieją miejsca naprawdę ważne. Takie, które stają się schronieniem dla ludzi samotnych, opuszczonych, poranionych, chorych, zagubionych. Takie, do których można przyjść wtedy, kiedy wydaje się, że już nie ma się nikogo.

Dla mnie Fundacja Pomocy Psychologicznej i Edukacji Społecznej RAZEM jest właśnie takim miejscem.

To miejsce nie zabiera człowiekowi cierpienia jednym ruchem. Nie sprawia, że wszystko nagle staje się proste. Ale robi coś bardzo ważnego — pozwala człowiekowi nieść swój ciężar w obecności innych. A czasem właśnie od tego zaczyna się ratowanie życia. Od czyjejś uważności. Od rozmowy. Od grupy. Od miejsca, w którym nie trzeba być silnym cały czas. Od ludzi, którzy nie wycofują się wtedy, kiedy robi się naprawdę trudno.

Piszę ten tekst także dla tych, którzy być może dzisiaj są w podobnym miejscu, w jakim ja byłam dwa lata temu. Może też budzą się rano z poczuciem pustki. Może też wykonują swoje obowiązki, a w środku czują, że już dłużej nie dadzą rady. Może zmagają się z samotnością, stratą, kryzysem psychicznym, chorobą albo zwyczajnym brakiem kogoś, kto byłby obok naprawdę. Chciałabym, żeby z tego mojego doświadczenia wybrzmiało jedno: pomoc jest możliwa. Spotkanie jest możliwe. To, że dzisiaj jest bardzo ciemno, nie znaczy, że tak będzie zawsze.

Czasem pierwszy krok wygląda bardzo niepozornie. Przypadkowe spotkanie. Rozmowa zasłyszana po filmie. Wejście w miejsce, którego wcześniej się nie znało. Czasem właśnie tak zaczyna się coś ważnego.

Ja trafiłam do Fundacji RAZEM wtedy, kiedy byłam bardzo blisko miejsca, w którym człowiek przestaje już wierzyć, że może być inaczej. Dzisiaj wiem, że gdybym tam nie trafiła, moja droga byłaby dużo bardziej samotna i dużo bardziej bolesna.

Dlatego zostawiam te słowa.

Bo może ktoś ich właśnie potrzebuje.

Może ktoś potrzebuje dziś nie rady, nie gotowego rozwiązania, ale prostej wiadomości: nie musisz być sam. Są miejsca, w których można zostać przyjętym z tym, co trudne. Są ludzie, którzy potrafią być obok. Są przestrzenie, w których można powoli wracać do życia.

Tworzymy miejsce, w którym każdy może przestać być silny.
Gdzie można powiedzieć: „nie radzę sobie” i otrzymać wsparcie.

Twój 1,5% podatku pomaga nam być takim miejscem.
To realna szansa, żeby ktoś w Twojej społeczności otrzymał profesjonalną pomoc psychologiczną, kiedy jej najbardziej potrzebuje.

KRS: 0000215720
Cel szczegółowy: wsparcie psychologiczne

Chcesz pomóc i wspierać naszą działalność? Dowiedz się, jak przekazać darowiznę tutaj: https://razem-fundacja.org/wsparcie/przekaz-darowizne/

Poprzedni wpis
HARMONOGRAM MARZEC 2026