Przejdź do treści

Dom został za nami. Dlaczego wciąż żyjemy według jego zasad?

categorykategorie: Uncategorized

Tomasz Rejent, psycholog i psychoterapeuta

Wyobraźmy sobie zwyczajny wieczór. Miał być odpoczynek, spokojna kolacja, może wreszcie trochę czasu dla siebie. Dzwoni telefon. Ktoś potrzebuje pomocy. Właściwie nie pyta nawet, czy możemy — przecież zawsze mogliśmy. Jeszcze zanim zdążymy sprawdzić, czy mamy na to siłę, słyszymy własne: „Dobrze, zajmę się tym”. Potem przychodzi zmęczenie, czasami złość. Na tę osobę, że znowu czegoś chce. Na siebie, że znowu się zgodziliśmy. A pod tym wszystkim pozostaje niewypowiedziane pytanie: dlaczego tak trudno mi uznać, że ja też jestem ważny?

Można powiedzieć: trzeba było odmówić. Tylko że właśnie w tym miejscu zaczyna się cała historia. Bo człowiek często doskonale wie, co mógłby powiedzieć. Znacznie trudniej zrozumieć mu, dlaczego te słowa nie przechodzą przez gardło.

Podczas kolejnego warsztatu w ramach projektu „Zacznij żyć swoim życiem” przyglądaliśmy się rolom wyniesionym z domu rodzinnego. Rozmawialiśmy o potrzebach, proszeniu, zabieganiu o uwagę i o tym, jak komunikujemy się z innymi. Przede wszystkim jednak zatrzymaliśmy się przy pytaniu: czy sposób, w jaki dzisiaj żyję, rzeczywiście jest moim wyborem? Czy może nadal wykonuję zadania, które przypadły mi w dzieciństwie, choć od dawna nie powinny już należeć do mnie?

Dziecko nie zastanawia się nad schematami. Próbuje sobie poradzić

W rodzinie z problemem alkoholowym życie może zacząć obracać się wokół osoby pijącej. Ważne staje się to, w jakim wróci nastroju, co ją zdenerwuje, jak zapobiec kolejnej awanturze albo jak poradzić sobie z jej nieobecnością. Potrzeby dziecka schodzą na dalszy plan. Ono samo musi odnaleźć sposób funkcjonowania w warunkach, których nie wybrało i których nie potrafi zmienić.

Dziecko nie siada przecież pewnego dnia przy stole i nie postanawia: od dzisiaj będę nadmiernie odpowiedzialne, przestanę prosić o pomoc, a własne emocje odłożę na później. Uczy się przez to, czego doświadcza. Kiedy otoczenie jest nieprzewidywalne, może zacząć szczególnie uważnie obserwować dorosłych. Kiedy ujawnianie uczuć wiąże się z zagrożeniem, może je ukrywać. To przystosowanie do warunków, a nie świadomie wybrany charakter.

Spróbujmy wyobrazić sobie, jakie niepisane zasady mogą powstać w takim domu. „Nie dokładaj problemów”. „Lepiej sam się tym zajmij”. „Nie płacz, bo będzie jeszcze gorzej”. „Zobacz najpierw, czego potrzebują inni”. Nikt nie musi wypowiedzieć ich wprost. Wystarczy, że dziecko wielokrotnie przekona się, iż na jego smutek nie ma miejsca, natomiast za samodzielność i pomoc otrzymuje uwagę.

Z tej perspektywy inaczej wygląda dziecko, o którym mówi się, że jest wyjątkowo dojrzałe. Warto zapytać, czy ta dojrzałość była możliwością, czy koniecznością. Czy mogło czegoś nie umieć? Czy mogło przyjść ze swoim kłopotem? Czy był ktoś, kto potrafił powiedzieć: „Tym zajmę się ja. Ty nie musisz”?

Kiedy dziecko przejmuje odpowiedzialność należącą do dorosłych — także za ich emocjonalne samopoczucie — mówimy o parentyfikacji, czyli odwróceniu ról. Nie chodzi o wyniesienie śmieci czy pomoc przy kolacji. Chodzi o sytuację, w której dziecko staje się opiekunem, powiernikiem albo osobą podtrzymującą rodzica, samo nie otrzymując opieki odpowiedniej do swoich potrzeb. Znaczenie ma cały kontekst, nie sam fakt pomagania.

To zasadnicza różnica: mogę być dzieckiem, które pomaga w rodzinie, albo dzieckiem, które czuje, że bez niego rodzina sobie nie poradzi.

Kiedy mówię o rolach, nie chodzi mi więc o przypisanie komuś etykiety „bohatera” czy „niewidzialnego dziecka”. Interesuje mnie coś znacznie ważniejszego: czego ten człowiek musiał się nauczyć, żeby wytrzymać w swoim domu? Co dawało mu choć trochę spokoju? Z czego musiał zrezygnować?

Możemy przyglądać się różnym sposobom radzenia sobie: braniu wszystkiego na siebie, usuwaniu się w cień, rozładowywaniu napięcia żartem. Nie po to, żeby uznać je za coś złego, ale żeby zobaczyć, czy dzisiaj nadal mamy nad nimi wybór.

Problem zaczyna się wtedy, gdy dawna konieczność staje się dorosłym obowiązkiem

Zmienia się adres, wiek, otoczenie. Pojawia się praca, związek, własna rodzina. Nie oznacza to jednak, że utrwalone reakcje automatycznie znikają. U części dorosłych osób z doświadczeniem problemu alkoholowego w rodzinie pozostają trudności z odpoczynkiem, rozpoznawaniem potrzeb, poczuciem własnej wartości czy budowaniem bliskości. Nie dotyczy to wszystkich w takim samym stopniu i nie jest nieuchronnym scenariuszem życia.

Dawna rola może przy tym wyglądać całkiem dobrze. Można ją nazywać zaradnością, lojalnością, oddaniem rodzinie. I rzeczywiście — te wartości mogą w niej być. Tylko gdzie przebiega granica między „chcę pomóc” a „nie wolno mi odmówić”?

Wróćmy do telefonu z początku tekstu. Załóżmy, że po drugiej stronie jest ktoś, kto potrafiłby przyjąć odmowę. Nie obraziłby się, nie zerwał kontaktu, poszukałby innego rozwiązania. Mimo to w nas pojawia się napięcie: będzie zawiedziony, pomyśli, że jestem egoistą, może przestanę być dla niego ważny. Zgadzamy się i na chwilę robi się spokojniej. Uniknęliśmy rozmowy, której się baliśmy. Cenę zapłacimy później, własnym zmęczeniem.

Taki przykład pokazuje, dlaczego rada „po prostu postaw granicę” bywa niewystarczająca. Osoba, która dorastała w zagrożeniu, może reagować na dzisiejsze napięcie tak, jakby stawka nadal była bardzo wysoka. Reakcja nie musi dotyczyć wyłącznie obecnej sytuacji; może być uruchamiana również przez jej podobieństwo do dawnych doświadczeń.

Dlatego nie wystarczy zapytać: dlaczego znowu się zgodziłem? Warto zapytać: czego obawiałem się, gdybym powiedział „nie”?

To otwiera zupełnie inną rozmowę. Nie o braku silnej woli, lecz o tym, co dla mnie znaczy odmowa. O lęku, poczuciu winy, potrzebie bycia potrzebnym. O przekonaniu, że na miejsce w relacji trzeba nieustannie pracować.

Dla mnie właśnie tutaj zaczyna się rozumienie roli. Nie jestem po prostu „człowiekiem, który lubi pomagać”. Być może jestem również człowiekiem, któremu bardzo trudno uwierzyć, że ktoś będzie chciał być blisko, kiedy nie dostanie ode mnie kolejnej przysługi.

Gdzie w tej trosce jestem ja?

Spójrzmy na możliwe koszty takiego sposobu życia. W pracy można przyjmować zadania, na które nie ma już czasu, a potem złościć się, że nikt nie zauważa przeciążenia. W związku można długo przekonywać, że wszystko jest w porządku, i dopiero po kolejnej drobnej prośbie wybuchnąć. W przyjaźni można być zawsze gotowym słuchaczem, ale nigdy nie powiedzieć, że samemu potrzebuje się rozmowy.

W każdym z tych przykładów dzieje się coś podobnego: własna potrzeba istnieje, tylko nie znajduje miejsca w relacji. Zostaje przemilczana, odłożona, uznana za mniej pilną. Nie znika jednak tylko dlatego, że o niej nie mówimy.

Wyobraźmy sobie rozmowę, w której jedna osoba szczegółowo opowiada o swoim trudnym tygodniu. Druga słucha, proponuje rozwiązania, szuka kontaktów, układa plan. Rozmowa trwa, ale obie osoby rozmijają się ze sobą. Pierwsza chciała powiedzieć: „Jest mi ciężko, pobądź ze mną”. Druga usłyszała: „Musisz coś z tym zrobić”.

Warto w takim momencie zatrzymać się przy obu stronach. Czy umiem powiedzieć, jakiego wsparcia potrzebuję? Czy potrafię zapytać, zanim zacznę pomagać? Czy dopuszczam, że czyjś problem nie jest zadaniem przekazanym właśnie mnie?

To ważne także dlatego, że troszcząc się o innych, możemy niechcący zajmować zbyt dużo miejsca. Wyręczać, decydować, sprawdzać, poprawiać. W wyobrażonej sytuacji partner mówi: „Zaufaj mi, zrobię to sam”, a my słyszymy w tym odrzucenie. Zamiast uszanować jego samodzielność, próbujemy udowodnić, że przecież chcemy dobrze.

Dobre intencje są ważne, ale nie zastępują rozmowy o tym, czego druga osoba rzeczywiście potrzebuje.

Praca nad granicami nie polega więc tylko na nauczeniu się odmowy. Dotyczy również uznania, że inni mają własne decyzje, odpowiedzialność i prawo do zrobienia czegoś inaczej. Mogę być blisko, nie przejmując czyjegoś życia. Mogę zadbać o siebie, nie unieważniając cudzych potrzeb.

Nie oznacza to, że każda relacja stanie się od razu wygodna. Ktoś może się rozczarować, kiedy odmówimy. Rozczarowanie nie jest jednak automatycznie krzywdą, a cudze niezadowolenie nie przesądza, że postąpiliśmy źle. Jednocześnie za przemoc i przekraczanie granic odpowiada osoba, która się tego dopuszcza — nie osoba, która nie potrafiła wystarczająco stanowczo zaprotestować.

Po co grupa, skoro wiem już, skąd to się bierze?

To pytanie jest istotne. Można przeczytać wiele tekstów, rozpoznać swoje schematy, bardzo trafnie opowiedzieć o dzieciństwie, a przy następnej trudnej rozmowie znowu zareagować w dobrze znany sposób.

Dlatego w psychoterapii grupowej ważne jest nie tylko to, co opowiadamy o relacjach. Ważne jest również to, jak wchodzimy w relacje z osobami, które są obok. W kontakcie z nimi można zauważać własne reakcje, poznawać ich wpływ na innych i — z pomocą terapeuty — próbować innych sposobów komunikowania się.

Wyobraźmy sobie sytuację w grupie. Ktoś zaczyna mówić o swojej bezradności, a w nas natychmiast uruchamia się gotowość do pomocy. Mamy pomysł, radę, rozwiązanie. Zanim jednak je wypowiemy, możemy zatrzymać się i przyjrzeć temu odruchowi. Co jest tak trudnego w słuchaniu, kiedy niczego od razu nie naprawiam? Czy niepokoi mnie czyjś smutek? Czy czuję, że muszę być przydatny? Co się stanie, kiedy zamiast udzielić rady, zapytam: „Czego teraz ode mnie potrzebujesz?”.

Taka zmiana może wydawać się niewielka, ale zmienia sposób bycia z drugim człowiekiem. Nie muszę zgadywać ani przejmować odpowiedzialności. Mogę słuchać odpowiedzi.

Podobnie można przyjrzeć się własnemu milczeniu. Załóżmy, że po raz kolejny zamierzamy oddać komuś głos, choć sami przyszliśmy z czymś ważnym. Tym razem próbujemy powiedzieć: „Chciałbym dzisiaj opowiedzieć o sobie”. Pojawia się skrępowanie, może obawa, że zajmujemy za dużo miejsca. Zamiast natychmiast się wycofać, możemy porozmawiać właśnie o tej obawie.

W takim rozumieniu grupa nie służy jedynie wymianie podobnych historii. Daje możliwość uczenia się w relacjach: mówienia o sobie, słuchania, przyjmowania wsparcia i informacji zwrotnych. Odkrycie, że inne osoby znają podobne trudności, może również zmniejszać poczucie osamotnienia.

Nie oznacza to miejsca, w którym wszyscy zawsze się zgadzają. Różnice, napięcia czy rozczarowania także mogą stać się przedmiotem pracy. Zadaniem terapeuty jest dbać o jej granice, pomagać rozumieć to, co dzieje się między uczestnikami, i utrzymywać tempo, które pozwala się temu przyglądać, zamiast jedynie powtarzać dawne reakcje.

Nie chodzi przecież o to, żeby po latach dopasowywania się do rodziny zacząć idealnie dopasowywać się do grupy. Chodzi o możliwość bycia w niej także ze swoim zdaniem, niepewnością, odmową i potrzebą wsparcia.

Zmiana ma być widoczna w życiu, nie tylko w rozmowie o życiu

Kiedy mówię o wychodzeniu z dawnych ról, nie mam na myśli porzucenia odpowiedzialności ani przestania troszczyć się o bliskich. Chodzi mi o to, żebyśmy nie musieli za każdą relację płacić rezygnacją z siebie.

Zmiana może wyglądać bardzo zwyczajnie. Zamiast od razu powiedzieć „tak”, daję sobie czas na odpowiedź. Zamiast liczyć, że ktoś zauważy moje zmęczenie, mówię: „Potrzebuję dziś odpocząć”. Zamiast przejmować cudzy problem, pytam, czy druga osoba chce pomocy. Nie muszę przy tym czuć się od razu pewnie. Mogę próbować nowego zachowania i jednocześnie przeżywać niepokój.

To również możliwość powiedzenia: „Nie potrzebuję teraz rozwiązania. Chciałbym, żebyś mnie wysłuchał”. Albo przyjęcia pomocy bez natychmiastowego zastanawiania się, czym się odwdzięczyć.

Warsztat może być początkiem takiego przyglądania się sobie. Regularna psychoterapia pozwala pracować nad trudnościami w bardziej ciągły sposób. Grupa jest jedną z możliwych form tej pracy; jej odpowiedniość warto omówić podczas konsultacji, uwzględniając własne potrzeby i aktualną sytuację.

W dzisiejszym spotkaniu ważne było dla mnie właśnie pytanie o miejsce na siebie. Bo można przez lata świetnie odnajdywać się w cudzych potrzebach, a przy własnych zupełnie tracić orientację. Można być osobą, na której wszyscy polegają, i nie wiedzieć, na kim samemu wolno się oprzeć.

Nie chciałbym, żeby rozmowa o DDA i DDD kończyła się na rozpoznaniu: „Tak, to o mnie”. Chciałbym, żeby prowadziła dalej. Do pytania, czy nadal muszę żyć w ten sposób i jakiej pomocy potrzebuję, żeby spróbować inaczej.

„Zacznij żyć swoim życiem” nie jest dla mnie wezwaniem do odwrócenia się od ludzi. Jest zaproszeniem do tego, żeby wśród osób, o które się troszczymy, wreszcie uwzględnić również siebie.

Można zachować wrażliwość, odpowiedzialność i umiejętność słuchania. Nie trzeba jednak przez resztę życia udowadniać, że zasługuje się na bliskość, będąc zawsze silnym, pomocnym albo bezproblemowym.

Warto sprawdzić, czy w naszych relacjach jest miejsce nie tylko na to, co potrafimy dać, ale także na to, czego sami potrzebujemy.

Osoby dorosłe z doświadczeniem DDA i DDD, które rozpoznają w tych pytaniach własne trudności, zapraszamy do rozmowy z zespołem Fundacji RAZEM o możliwościach psychoterapii grupowej. Nie trzeba przychodzić z gotowym wyjaśnieniem całej swojej historii. Można zacząć od tego, co dzisiaj najbardziej ciąży.

Przykłady w artykule mają charakter ilustracyjny. Nie przedstawiają historii ani wypowiedzi uczestników warsztatów lub pacjentów.

Materiał powstał w ramach projektu „Zacznij żyć swoim życiem”, realizowanego przez Fundację Pomocy Psychologicznej i Edukacji Społecznej RAZEM. Do udziału w działaniach projektu zapraszamy osoby dorosłe DDA — dorosłe dzieci alkoholików — oraz DDD — dorosłe dzieci z rodzin dysfunkcyjnych.

Zadanie publiczne dofinansowane ze środków Samorządu Województwa Mazowieckiego. Zrealizowano w ramach Wojewódzkiego programu profilaktyki i rozwiązywania problemów alkoholowych oraz przeciwdziałania narkomanii województwa mazowieckiego.

Poprzedni wpis
Poradnictwo psychologiczne dla Ciebie